Rocznik Ustrzycki 2017

Jacek Łeszega

 

Brygida Helbig - Kolonia Steinfels we wspomnieniach Heinricha Wolfa i mojego ojca

Ślady po nieistniejącym Steinfels po raz pierwszy zobaczyłam dwa lata temu. Przyjechałam z Berlina, aby ich szukać. Ujrzałam teren zapomniany, zarośnięty wysoką trawą, opustoszały, gdzie cięły muchy, rosły pokrzywy po pas, po którym goniły konie, gdzie wpadało się w wielkie kałuże, a uwagę przyciągały zapomniane cmentarne kamienie cmentarza grecko-katolickiego. Lecz tak naprawdę znałam Steinfels już od zawsze - z opowieści ojca. Kiedy byłam mała i nie mogłam zasnąć, opowiadał mi o jakiejś magicznej krainie, w której przeżywał jako dziecko fascynujące przygody. Opowiadał o tym, jak jego ojciec pilnując pól mocował się z wilkiem, o nocnym złodzieju nadziewającym kartofle z piwnic na długi szpikulec, o kłótni między jego matką a Ukrainką z powodu wybitej przez niego szyby, o zmarłym bracie-dwulatku leczonym rozżarzonym węglem, o zabawie jajkami wielkanocnymi na łące. Tych opowieści mogłam słuchać bez końca. Nie wiedziałam jednak, i nigdy o to nie pytałam, gdzie była położona ta kraina. Nie pytamy o geograficzne położenie krain mitycznych. Jedno było pewne – tam była moja duchowa ojczyzna. Chociaż urodziłam się w Szczecinie, na tzw. Ziemiach Odzyskanych, na przeciwległym krańcu Polski.

 

O tym, że mój ojciec urodził się i do dziewiątego roku życia mieszkał w kolonii niemieckiej w Galicji dowiedziałam się dopiero mając lat osiemnaście. Nigdy nie mówił o swoim niemieckim pochodzeniu, mimo że wielokrotnie pytaliśmy go o to (my, dzieci) ze względu na obco brzmiące nazwisko Helbig, które wszędzie trzeba było literować, aby zostało poprawnie napisane. Jako miejsce urodzenia podawał Steinfels, powiat Dobromil, ale znalazłam też dokument z lat 70-tych, w którym jako miejsce urodzenia podawał Glazję w ZSRR - tak zapewne było wtedy bezpieczniej. Dziwiłam się, że ojciec potrafił porozumieć się w sklepach w NRD, dokąd jeździliśmy czasem na zakupy. Dopiero wyjeżdżając do Niemiec na początku lat 80-tych dowiedziałam się od ojca, że mam tzw. pochodzenie niemieckie. Nie posiadaliśmy jednak żadnych dokumentów, wszystkie ze zrozumiałych względów ojciec – pozostając w powojennej Polsce - zniszczył.

W kolonii niemieckiej Steinfels (Stebnik) w powiecie Dobromil ojciec mieszkał do roku 1939. Do tego też czasu miał obywatelstwo polskie. Jego językiem ojczystym był niemiecki, a właściwie dialekt „szwabski”. W roku 1939 wraz z rodziną i innymi mieszkańcami wioski przesiedlony został do tzw. Warthegau, czyli w region ujścia Warty w Wielkopolsce. Jego ojciec, a mój dziadek, Johann Helbig, już wtedy nie żył. Był on rolnikiem, ale także cieślą i kołodziejem, jak jego ojciec. Zarówno ojciec, jak i dziadek ojca mieli na imię Johann. I obaj podobno robili nie tylko solidne, lecz i ładne koła do furmanek. Pod sam koniec swojego życia dziadek, zanim został powalony chorobą, której nabawił się podczas nocnego czuwania nad wsią, i zmarł w roku 1936, zdążył zbudować rodzinie dom z gankiem. Ojciec w swych wspomnieniach bardzo podkreśla ten piękny i modny ganek. Nie może uwierzyć, że tego domu już nie ma. Ma nadzieję, że pozostały gdzieś jeszcze jego fundamenty. A także ślady cmentarza ewangelickiego, na którym spoczywa jego ojciec.

Właśnie – między innymi po to tutaj po raz pierwszy dwa lata temu przyjechałam – by zobaczyć to miejsce, w którym ojciec przeżył tyle wspaniałych, jak opowiada, przygód, i aby odnaleźć grób dziadka. Najsmutniejszą i najbardziej wzruszającą opowieścią ojca było wspomnienie o tym, jak jego 36-letni ojciec umierał w Steinfels, i jak on sam, jako sześciolatek, biegł wieczorem, po ciemku, przez całą wieś do sklepu, aby spełnić jego ostatnią prośbę i kupić mu papierosa. Na lekarza i dalszy pobyt w szpitalu po prostu nie mieli pieniędzy.

Obywatelstwo niemieckie nadano mojej babci (matce ojca) Annie Christinie Helbig (z.d, Helbig), jak większości innych Niemców Galicyjskich, w Gnieźnie w roku 1939, po wysiedleniu ze Steinfels. Wraz z nią obywatelstwo otrzymał mój dziewięcioletni ojciec i jego dwaj bracia, młodszy i starszy. Wszyscy zostali przy tej okazji zbadani (na formularzach do badań, które udało mi się w latach 90-tych zdobyć z berlińskiego archiwum, była pozycja „rozmiary czaszki”). Jako tzw. Volksdeutsche otrzymali obywatelstwo niemieckie i mieszkanie po wysiedlonych Polakach w Powidzu, nazywanym przez Niemców Kurheim. Miejscowość tę, położoną nad pięknym jeziorem, ojciec wspomina z dużym sentymentem, podobnie zresztą jak idylliczne (w jego pamięci) Steinfels. W Powidzu/Kurheim mojej babci Annie przydzielono polskiego „parobka”, z którym nielegalnie i z narażeniem życia nawiązała romans. Opowiadam o tym w powieści „Niebko” (2013) zainspirowanej historią rodziny. W styczniu roku 1945 moja babcia wraz z dziećmi i „parobkiem” (czyli Polakiem, z którym się związała) nie zdążyła uciec do „Reichu” przed Armią Czerwoną. Wybrali się za późno, furmankę dogoniły czołgi sowieckie, nie było już ucieczki. Mój ojciec, który miał wtedy lat czternaście, zagnany został wraz z innymi Niemcami głąb Rosji, do Odessy, gdzie ciężko pracował w tartaku. Po upływie pół roku udało mu się jednak, dzięki wsparciu starszego zesłańca, uciec i wrócić do Polski i do matki. Przez początkowe lata pracował w Polsce przymusowo - był parobkiem u polskiego „ubeka”.

Po kilku latach został formalnie, dzięki małżeństwu matki z obywatelem polskim, Polakiem. I tak się też zaczął czuć. O tym wszystkim wiedziałam już od ojca wyjeżdżając do Niemiec w roku 1983. Nikt mi jednak początkowo nie wierzył, gdy opowiadałam tę historię w obozie dla przesiedleńców Friedland, gdzie trzeba było „udowodnić” swoje pochodzenie. Pojechałam wtedy do Gifhorn niedaleko Wolfsburga, a więc do regionu, w którym osiedlili się po wojnie Niemcy Galicyjscy, aby prosić kuzyna mojego ojca i innych członków rodziny o zeznania świadków, które umożliwiłyby mi pozostanie w Niemczech. To wtedy po raz pierwszy przeczytałam wspomnienia Heinricha Wolfa – otrzymałam je właśnie od kuzyna mojego ojca Wilhelma Kellera. Rodzina w Gifhorn przyjęła mnie bardzo serdecznie. Żyła jeszcze siostra mojego dziadka Johanna, która mówiła o moim tacie „Rudi”. Do tej pory kojarzyłam mojego ojca wyłącznie z polskim imieniem (które jednak nosił dopiero od początku lat 50-tych). Starsi krewni, głównie siostry mojej babci i ich mężowie, np. Frieda i Adam Helbig, Susanne i Peter Bischoff, potrafili jeszcze powiedzieć kilka słów po polsku (takich jak: krowa, koń, dziewczyna). Młodsi, urodzeni w latach 30-tych już prawie nic. A ich dzieci raczej już nie interesowały się krajem przodków, a być może nawet się go wstydzili.

Wspomnienia Henricha Wolfa były dla mnie wtedy odkryciem. Koniecznie powinny zostać wydane. Heinrich Wolf pochodził ze Steinfels. Wspomnienia z utraconej ojczyzny spisał w roku 1968/70, mieszkając już z rodziną w pod Wolfsburgiem w Dolnej Saksonii. Nadał im tytuł „Steinfels – ein deutsches Dorf in Galizien” (Steinfels – niemiecka wioska w Galicji). Ze wspomnień tych korzystałam pisząc „Niebko” i szkicując w nim historię i życie codzienne mieszkańców Steinfels. Heinrich Wolf już dawno nie żyje. Swoich wspomnień nigdy nie opublikował, pozostają w manuskrypcie i znane są głównie członkom stowarzyszenia „Bund der Galiziendeutschen”, którego przewodniczącym jest Günter Hönig oraz stowarzyszenia „Hilfskommitee der Galiziendeutschen” (przewodniczący: Horst Vocht). Manuskript zawiera około 80 stron. Składa się nie tylko z obszernego opisu historii kolonizacji józefińskiej oraz życia i obyczajów w Steinfels, ale także opisu wysiedlenia do Warthegau w roku 1939 i ucieczki do Niemiec w roku 1945. Poza tym wspomnienia zawierają dokładny spis ludności Steinfels (ale także Bandrow, Siegenthal, Obersdorf, Prinzenthal und Makowa) wraz z numerami gospodarstw oraz informacjami, co się z mieszkańcami stało, czy żyją, gdzie znajdują się obecnie. Manuskrypt zawiera także wiersze o Niemcach Galicyjskich i ich wysiedleniu nieznanego autorstwa, cytaty piosenek ludowych itp. W pieśniach niezwykle często przewijają się motywy religijne - wszelką nadzieję pokłada się w Bogu, który nagradza i karze. Mowa jest także o niemieckich cnotach, takich jak pracowitość i uczciwość, i o niemieckiej tożsamości, którą należy zachować za wszelką cenę.

Heinrich Wolf opisuje życie w Steinfels chronologicznie. Zaczyna od zarysu historycznego opisując założenie osady Steinfels w roku 1973 przez cesarza Austro-Węgier Józefa II. Przybyło do niej początkowo podobno dwunastu osadników (liczba bardzo mitologiczna), wśród których mieli się znajdować m.in.: Emmel, Götz, Bäcker, Rühlen, Bardua i Adelmann. Autor wspomnień wyjaśnia także, że jego nazwisko Wolf oraz nazwiska Helbig, Bischoff, Volz i Keller „doszły” do Steinfels nieco później - Wolf w roku 1946, poprzez ożenek Karla Wolfa z Obersdorfu z Evą Margarethe Rühlen, pozostałe nazwiska około roku 1850 poprzez ożenki mężczyzn z Makowej z kobietami ze Steinfels. Wolfowie pochodzili podobno z okolic Appenheim, a wszyscy przybysze z Makowej ze Schwabenland, czyli z Wittenbergii. Niektórzy z pierwszych osadników w Steinfels wywędrowali później do innych osad lub za ocean.

Gospodarstwa miały po 22-26 joch ziemi. Początkowo podobno trzeba było karczować las. Jak wiadomo wieś miała charakter łańcuchówki. Wolf przytacza w tym kontekście powiedzonko „w Steinfels pączki piecze się tylko z jednej strony” - czyli domy stoją tylko po jednej stronie drogi. Każdy osadnik miał dwa ogrody, jeden służący za pastwisko, za domem, i jeden przed domem, po drugiej stronie drogi. Pola uprawne mieszkańcy Steinfels mieli w różnych miejscach, jedne bliżej, drugie dalej od gospodarstwa, z powodu różnej jakości gleby. Wszystkie parcele miały nazwy. Sporo miejsca Heinrich Wolf poświęca nazwie samej osady, a właściwie historii nazw Steinfels, Stebnik-Steinfels, Glazja. Barwnie opisuje także przepiękne położenie osady nadające się na kurort.

Cały drugi rozdział Heinrich Wolf poświęca pierwszej wojnie światowej i jej skutkom dla Steinfels, przez które przetoczył się front. Pisze o próbie ucieczki części mieszkańców na Węgry, o tułaczce, opowiada kilka anegdot o poczynaniach Rosjan, którzy przez pięć miesięcy w roku 1915 zajmowali wieś, o inwalidach wojennych i ofiarach. Pisze o wojnie polsko-ukraińskiej z lat 1918/19, podczas której wieś kilkakrotnie znajdowała się po obu stronach frontu, co oznaczało rabunki i znęcanie się nad mieszkańcami. Opowiada o tym, jak w 1918 r. powstało państwo polskie i Steinfels znalazło się na jego terenie, jak początkowo szykanowano Niemców oraz próbowano przemianować Steinfels na Głazy, co jednak udało się przeforsować tylko na jakiś czas. W tym kontekście Wolf opisuje m.in. konflikt między policją polską a przewodniczącym gminy Steinfels Johannem Peterem Wolfem, zakończony wygraną tego ostatniego.

Jeden z pierwszych rozdziałów poświęca Wolf szkole i kościołowi. Podkreśla fakt, że właściwie wszyscy w Steinfels umieli pisać i czytać, ponieważ zawsze, prawdopodobnie od początku istnienia wsi, gmina zatrudniała opłacanego przez wszystkich mieszkańców nauczyciela, czyli po prostu osobę, która posiadała te podstawowe umiejętności. Jedno z pomieszczeń we wsi przeznaczano na szkołę i tam odbywały się lekcje, mimo że obowiązku szkolnego nie było. Ważnym elementem edukacji szkolnej był śpiew. Także i po lekcjach spotykano się z nauczycielem na śpiewanie piosenek ludowych, wystawiano amatorskie przedstawienia. Pieśnie kościelne śpiewano nawet na cztery głosy – jak z dumą podkreśla Wolf. Mieszkańcy znali także polski i ukraiński, uczyli się go od sąsiadów, a polskiego także w szkole.

W latach 1910/11 postanowiono zbudować budynek szkolny z mieszkaniem dla nauczyciela i zatrudnić na tym stanowisku osobę wykształconą. Szkołę zaopatrzono w mapy i globus, na ścianie pojawił się wizerunek Lutra. Wolf wymienia nazwiska wielu nauczycieli w Steinfels, wspomina także, że podczas pierwszej wojny światowej w szkole uczyły przede wszystkim kobiety (mężczyźni byli na wojnie), których nie nazywano jednak nauczycielkami, lecz Schulschwestern, w dosłownym tłumaczeniu „siostrami szkolnymi”. Wolf ubolewa nad tym, że mieszkańcy Steinfels nie przykładali zbyt wielkiej wagi do wykształcenia. Niektórym mieszkańcom innych kolonii udało się podobno wykształcić czy to na pastora, czy to na nauczyciela, innym zdobyć wykształcenie rzemieślnicze. Natomiast mieszkańcy Steinfels byli pod tym względem dość krótkowzroczni, mimo że niektórzy z nich posiadali wystarczające środki finansowe. Przeważnie to rodzice nie chcieli oddawać dzieci do szkół, woleli zatrzymać je przy sobie i korzystać z ich pomocy. Jako pierwsze wysłane zostały do wyższych szkół córki (innego) Heinricha Wolfa zajmującego się handlem: Hermine (1936) i Hilde (1937). Autor wspomnień dumny jest z tego, że mimo dwukrotnego wysiedlenia mieszkańców wsi, najpierw ze Steinfels, potem z Warthegau, obie dziewczynki kontynuowały wykształcenie. Ich rodzicom udało się otworzyć w Wolfsburgu sklep. Jedna z sióstr została nauczycielką, druga lekarzem. Wolf wymienia jeszcze kilku innych mieszkańców, którzy już po wojnie, mieszkając w okolicach Wolfsburga, odnieśli zawodowy sukces – ktoś został inżynierem, ktoś lekarzem lub np. mistrzem kowalstwa. Wielu wybudowało własny dom, co jest dla Wolfa powodem szczególnej dumy.

Nauczyciela (oczywiście Niemca) nie opłacało państwo, lecz sami mieszkańcy Steinfels. Było to kosztowne, lecz gdyby sami Niemcy tego nie zrobili, jak podkreśla Wolf, otrzymaliby „z urzędu” nauczyciela państwowego, czyli polskiego. Ponieważ o to dbali, nauczyciel zawsze był Niemcem, choć obowiązywała też w szkole nauka polskiego. Nauczyciel otrzymywał od gminy kawałek ziemi, który uprawiali dla niego mieszkańcy. Także pastorów utrzymywała sama parafia. (Za Steinfels odpowiedzialny był pastor z Bandrow.) Bywało to powodem konfliktów, ponieważ także ci najbiedniejsi zmuszani byli do uiszczania opłat na rzecz kościoła i szkoły. Opowiadał także o tym mój ojciec, którego matka po śmierci męża radykalnie zubożała i zmuszona była wynajmować się do najcięższych robót, aby wykarmić czterech synów, z których jeden zmarł we wczesnym dzieciństwie.

Wiele miejsca Wolf poświęca sposobom obchodzenia świąt przez Niemców Galicyjskich, pieśniom, wierszom, rytuałom i obyczajom. Rozpoczyna od Sylwestra, poprzez Trzech Króli, karnawał, środę popielcową, Wielkanoc, Wniebowstąpienie, Zielone Świątki, Piotra i Pawła, Michała Archanioła, Święto Dziękczynienia aż po Boże Narodzenie. Czytając o Wielkanocy przypominam sobie, jak często się dziwiłam, czemu mój ojciec z takim sentymentem kolekcjonuje zające wielkanocne z czekolady. Wiązało się to z jego wspomnieniami z dzieciństwa – matki w Steinfels piekły dzieciom zające na Wielkanoc. Ojciec opowiadał też, jak podczas Świąt Wielkanocnych bawił się z braćmi znajdowanymi rano w ogrodzie pisankami jak piłkami - taki był zwyczaj. Miło wspominał także hucznie obchodzone Zielone Świątki, z okazji, których nawet krowy zdobiono zielonymi gałęziami i kwieciem. Heinrich Wolf z kolei kilkakrotnie podkreśla, że do tańca grały Niemcom Galicyjskim najczęściej ukraińskie kapele. Potańcówki były ważnym elementem życia wsi, i bardzo wyczekiwanym. Święta w ogóle obchodzono hucznie, we wspólnocie i z dużym poczuciem humoru. Z wielką nostalgią Wolf wspomina zwłaszcza nabożeństwa wigilijne w Bandrow. Boże Narodzenie było oczywiście najpiękniejszym świętem roku.

Sporo miejsca Wolf poświęca profesjom mieszkańców Steinfels. Wymienia kilka zawodów, które przekazywane tam były z pokolenia na pokolenie przez rolników mających pewne dodatkowe rzemieślnicze umiejętności. Jako przykład wymienia Johanna Helbig (przy nazwisku podaje zawsze numer ewidencji zamieszonej na końcu wspomnień, w tym wypadku 6), chyba mojego pradziadka, który był – jak już wspomniałam - kowalem, kołodziejem czyli stelmachem, stolarzem i rolnikiem. Podobno „potrafił prostymi narzędziami wykonać zadziwiająco piękne rzeczy”. Był w Steinfels także szewc. Lekarza opłacano z własnej kieszeni i sprowadzano z Ustrzyk Dolnych. Przy złej pogodzie przywoziło i odwoziło się lekarza furmanką do miasta. Nie każdy mógł sobie pozwolić na lekarza. Popularne było leczenie domowymi środkami i ziołami, nawet w przypadku złamanych kości – w ich leczeniu specjalistą był rolnik z Bandrow Wilhelm Umbach. Leczył z sukcesem nie tylko złamane kości - podobno udało mu się wyleczyć ziołami Polkę z sąsiedniej wsi, której lekarze w szpitalu w Przemyślu nie mogli już pomóc. Wiele dzieci umierało w Steinfels bardzo wcześnie, także wiele młodych matek. Porody były przyjmowane przez sąsiadki. Także i weterynarią mieszkańcy musieli zajmować się sami. Na przykład któryś z Heinrichów Helbig (tak nazywał się m.in. mój pradziadek od strony babci) sam kiedyś zoperował krowę, gdy nie mogła urodzić cielaka. Wolf podaje jeszcze inne domowe sposoby leczenia, z których z pewnością można skorzystać i dziś. Wspomina także o „szeptuchach”, czyli kobietach, które stosowały w leczeniu wiedzę tajemną i nawet czasem, jak ostrożnie przyznaje, odnosiły sukcesy, „gdyż wierzyły w to mocno”. Kościół jednak zabronił w końcu leczenia w ten sposób.

Opowiadając o przedstawicielach różnych profesji w Steinfels Wolf wspomina także jedynego inżyniera we wsi - przybyłego z Berlina z żoną i teściową Hermana Simona. Pan Simon osiadał samochód, co było w Steinfels wielką nowością i atrakcją. (W ostatnich latach przed drugą wojną światową funkcjonowała już natomiast prywatna linia autobusowa z Sanoka do Przemyśla. W latach 30-tych w Steinfels były dwa rowery, motoru nie miał nikt – jak informuje Wolf.) Inżynier Hermann Simon najpierw kierował tartakiem w Steinfels, potem pracował w rafinerii w Steinfels i Boresławiu. Zachorował jednak na cukrzyce, amputowano mu nogę, zmarł wcześnie i pochowany został na cmentarzu ewangelickim w Steinfels. Przed drugą wojną światową zarysowała się dla mieszkańców wioski możliwość zatrudnienia w rafineriach, ale wojna udaremniła te projekty.

Elektryczności w Steinfels nie było. Zęby wyrywano naturalnie bez pomocy dentysty i bez znieczulenia sposobami domowymi. Zakupy robiono w Ustrzykach Dolnych, chociaż działał także jeden niewielki sklep w samym Steinfels. Można było tam zaopatrzyć się w np. w petroleum, gwoździe, zeszyty, nawóz, podkowy. Nadzorcami lasu byli przeważnie Polacy, Niemcy rzadko. Domy mieszkańcy budowali sobie sami, kamienie do budowy wyciągano ze strumienia. Z kamieni tych budowano także piece. Fryzjera nie było i nie był on potrzebny, gdyż – jak pisze Wolf – „warkocz modny był u młodych i u starych” (kobiet oczywiście). Hodowano przede wszystkim krowy, świnie (bardzo niewiele), konie posiadali tylko nieliczni. Na jarmark bydła jeżdżono do Dobromilu.

Były jeszcze dwa zajęcia, którymi w Steinfels trudniono się zamiennie, stróża nocnego i listonosza. Co noc wsi pilnowało wsi dwóch strażników, aby ostrzec mieszkańców w razie potrzeby przed niebezpieczeństwem, np. pożaru. Podczas dłuższych pobytów Romów w pobliżu w okresie letnim, wsi pilnowało jednocześnie aż czterech strażników.

Jeden z rozdziałów Wolf poświęca typowej biografii mieszkańców Steinfels. Zaczyna od narodzin, chrztu i nauki szkolnej. Do szkoły chodziło się od szóstego roku życia przez osiem lat aż do konfirmacji. Starsze dzieci miały lekcje rano, młodsze po południu. W lecie zajęcia szkolne odbywały się w godzinach od 10-tej do 15-tej. Przed rozpoczęciem zajęć i po lekcjach dzieci musiały wykonywać czynności gospodarskie, np. paść krowy. W szkole uczono religii, pisania i czytania, niemieckiego i polskiego, rachunków, geografii, historii, geologii, biologii, rysunków, śpiewu. Były także prace ręczne i gimnastyka. W latach 1937-39 wprowadzono w szkole żywienie dla wszystkich uczniów. Podawano im mleko i kakao z bułką, co dla wielu dzieci było czymś bardzo ważnym i wyjątkowym. Mój ojciec często to wspomina. Matki dyżurowały w szkole i rozdawały posiłek dzieciom. Hitler postanowił dbać o swoje mięso armatnie – to już moja własna uwaga.

Ważnym punktem typowej biografii była konfirmacja, do której dzieci przez siedem tygodni przygotowywały się w kościele w Bandrow. Sama konfirmacja odbywała się w Wielki Piątek. Po dwóch, trzech latach po konfirmacji chłopcy, jak pisze Wolf, mogli już przebywać w towarzystwie dorosłych, dziewczyny trochę wcześniej. Większość dziewcząt wychodziła za mąż mając lat szesnaście, czy siedemnaście. Było tak także z moją babcią. U mężczyzn wiek nie odgrywał specjalnej roli. Większość mężczyzn służyła w wojsku polskim. Każdy chciał być żołnierzem (bo dziewczętom podobali się chłopcy w mundurach), ale nie każdy się nadawał, jak pisze Wolf. Jeśli chodzi o wybór partnera, to był on niewielki, rzadko wybierano kogoś z innej wsi. Rodzice najczęściej sami kojarzyli pary. Zależało im na tym, aby dziecko pozostało blisko nich, najlepiej w tej samej wsi, na dobrych warunkach. Niejeden raz lały się przy tym łzy, lecz jak pisze Wolf, młodym nie pozostawało nic innego, jak tylko „przyzwyczaić się do siebie”. Czasem jeszcze nawet w dniu tzw. „Handstreich” (ubicia „targu małżeńskiego”) rodzice nie byli jeszcze zgodni, co do podziału majątkowego, i pertraktowali ze sobą. Było to, jak rozumiem, coś w rodzaju zaręczyn, poprzedzonych umową dotyczącą kwestii majątkowych. Gdy rodzice ubili targu, zaczynała się zabawa. Do izby wchodził najpierw narzeczony, a po nim kilka dziewcząt przykrytych prześcieradłami, wśród których narzeczony musiał rozpoznać swoją wybrankę i pocałować ją. Wiele było przy tym śmiechu. Przeważnie uroczystość ta odbywała się w sobotę, a już w niedzielę miały miejsce zapowiedzi. Koszty ślubu rodzice obojga państwa młodych ponosili po połowie.

Wolf ze szczegółami opowiada przebieg typowej ceremonii ślubnej. Ślub odbywał się w niedzielę, w poniedziałek para wprowadzała się razem do domu (zwykle nie własnego). Mieszkano z rodzicami. Młodzi wykonywali większość robót w domu, musieli jednak podporządkować się we wszystkim rodzicom.

Działki po podziałach rodzinnych związanych ze ślubami dzieci były coraz liczniejsze i mniejsze. Z dwunastu działek na początku istnienia Steinfels w roku 1783 zrobiło się 51 działek w roku 1939. Nie było praktycznie pracy w przemyśle, więc dla kogo zabrakło działki, ten musiał emigrować, np. do Ameryki. Niektórzy wracali wzbogaceni i nabywali grunty.

Heinrich Wolf czuje się w obowiązku wytłumaczyć zwyczaj kojarzenia młodych ludzi przez rodziców. Pisze: „Jeśli nawet to swatanie młodych ludzi wydaje się dzisiaj niektórym niewłaściwe, to jednak trzeba wczuć się w tamte czasy i tamto położenie. Także w Niemczech nie było wtedy chyba inaczej. Mimo to udało nam się trzymać razem z dużą dozą humoru i miłości, pielęgnować stare obyczaje. Zachowaliśmy język ojczysty, pozostaliśmy silni w naszej wierze i odparliśmy niejeden atak.”

Heinrich Wolf wyraża dumę z tego, że w Steinfels praktycznie nie było rozwodów, podczas gdy dzisiaj, kiedy sami wybieramy partnera, zdarzają się one dużo częściej. Pamięta tylko jeden przypadek rozwodu dziewczyny ze Steinfels i chłopaka z Siegenthal. Mieli syna i mimo wszystko się rozstali. Długo mówiono o tym przypadku w obu osadach, „Oczywiście – podsumowuje Wolf - wszędzie może dojść czasem do twardej wymiany zdań lub do kłótni, lecz pojednanie wszystko doprowadza do porządku.”

Wolf wspomina także o małżeństwach mieszanych. Podkreśla, jak ważne dla niewielkiej grupy etnicznej w obcym kraju (ok. 65 tys.), rozproszonej między innymi narodami, podzielonej na wieś i miasto, wiarę ewangelicką i katolicką, było ich unikanie. „Kto dzisiaj zastanawia się nad tym, kogo można, czy wolno poślubić? Kto słucha rodziców? Wyznanie i kolor skóry często nie są brane pod uwagę. Takie przypadki zdarzały się w naszej ojczyźnie bardzo rzadko (…). Rodzice oczywiście troszczyli się o to, aby dobrze ożenić dziecko lub wydać je za mąż, jednak bardzo zależało im na tym, aby nie był to innowierca. Trzymali się przysłowia: Dwie różne wiary na śpiące na jednej poduszce - to nie może być dobre. W żadnym wypadku nie życzyli sobie także ślubu dziecka z Polakiem lub Ukraińcem. Niektórzy chętnie pewnie by złamali ten niepisany zakaz, jednak z reguły brano pod uwagę to, co powiedzą ludzie”. Mimo to, jak pisze Wolf, zdarzały się, choć rzadko, małżeństwa mieszane: katolicko-ewangelickie. Wolf wymienia kilka przykładów, m.in. młodego Włocha, Angelo de Grignisa, który przybył do Steinfels jako robotnik leśny w latach 1880/85 i ożenił się z Niemką Margarethe Götz. Był – co podkreśla Wolf - pracowitym, uczciwym, ładnym blondynem. Pozostał katolikiem, dzieci były też katolikami. Małżeństwo żyło w pokoju z całą wspólnotą. „Chociaż był to Włoch”, podkreśla z uznaniem Wolf, „był ze względu na swoją pracowitość i szczerość poważany przez wszystkich”. Dwóch starszych synów de Grignisa wyemigrowało do Ameryki. Tylko najstarszy z nich pozostał katolikiem. Wolf zaznacza, że chociaż Angelo de Grignis miał tak samo niewiele sympatii dla Polaków, Ukraińców, jak i niemieckich ewangelików, to jednak chętniej oddałby córkę Polakowi niż ewangelikowi. „Jeszcze pamiętam – pisze – jak de Grignis mówił: Dzieci, dzieci, co wy robicie, przejść z dużej wiary na małą, kto to widział. Bolało go z pewnością, że z siedmiorga dzieci tylko najstarszy pozostał katolikiem.” Wolf szanuje jednak to, że de Grignis był w stanie zaakceptować taki rozwój spraw, „bo w końcu oba wyznania mają tego samego Boga”.

Mimo uwagi o tej godnej naśladowania tolerancji religijnej Wolf podkreśla, że mieszkańcy Steinfels mieli swoje powody, aby trzymać się wiary ewangelickiej. Państwo polskie bowiem, jak pisze, uważało katolików za Polaków. „Nacisk polityczny był ogromny i wielu z nas zostałoby szybko Polakami, gdybyśmy nie mieli odwagi przyznawać się do swojej niemieckości i obstawać przy niej”. Jeden z mieszkańców wsi Machlnice miał np. odwagę protestować u władz polskich, gdy zatrudniono polskiego księdza w niemieckiej parafii katolickiej. Zapowiedział władzom, że wszyscy mieszkańcy przejdą na religię ewangelicką, jeśli nie będą mieli niemieckiego księdza. Jego starania zakończyły się sukcesem - do roku 1939 księdzem katolickim był już zawsze Niemiec.

Mimo to sporo niemieckich katolików spolonizowało się, niektórzy z powodów ekonomicznych, inni „z obojętności”, jak to nazywa Wolf. Ale także ewangelicy polonizowali się nieraz lub „ukrainizowali”, jeśli mieszkali rozproszeni po różnych wioskach i nie mieli własnej szkoły i własnego kościoła. „W takich wypadkach dzieci były szybko zawłaszczane przez innych i przestawały być Niemcami.” Wywód swój Wolf, jak zwykle, popiera kilkoma konkretnymi przykładami. Ogromną rolę w zachowaniu tożsamości etnicznej odgrywało życie w niemieckiej wspólnocie – przede wszystkim dzięki szkole i kościołowi. Na czele kościoła ewangelickiego Niemców Galicyjskich stał dr Theodor Zöckler ze Stanisławowa i jemu, jak pisze Wolf, „zawdzięczamy, że pozostaliśmy niemieccy i ewangeliccy”. Polski kościół katolicki robił wiele, aby spolonizować katolickich Niemców Galicyjskich i odniósł sporo sukcesów na tym polu.

Rozdział o typowych biografiach mieszkańców wsi Wolf kończy opisem zwyczajów funeralnych. Nie było oczywiście instytutu pogrzebowego, wszystkim zajmowali się i w tym wypadku sami mieszkańcy. Do dnia pogrzebu zmarły przybywał w domu i mieszkańcy czuwali przy nim, młodzi i starzy, czasem było ich tylu, że nie starczało dla wszystkich miejsca. Całą noc ktoś przy zmarłym był, śpiewano pieśni, modlono się, robiono wieńce do trumny i na krzyż. Pogrzeby przeprowadzał pastor lub nauczyciel, często przejmujący funkcje pastora. Cmentarz ewangelicki w Steinfels był ogrodzony drewnianym płotem, z daleka widoczny był duży drewniany krzyż. Podczas pogrzebu wygłaszano przemowę i długo śpiewano. Na stypie podawano kawę i ciasto.

Oddzielny rozdział wspomnień Wolf poświęca koegzystencji Niemców i Nie –Niemców. Co prawda kolonia Steinfels założona została w roku 1783 tylko przez Niemców, jednak z czasem doszli do nich Ukraińcy, Polacy i Żydzi. Prawdopodobnie odkupowali ziemię od Niemców opuszczających osadę. Jednak Steinfelsem do końca zarządzali Niemcy, w radzie gminnej było zwykle tylko do dwóch Polaków i jeden Ukrainiec. Do tamtejszej prywatnej szkoły ewangelickiej chodziły tylko niemieckie dzieci, pozostałe do Stebnika, do szkoły państwowej.

Życie z Nie-Niemcami, jak pisze Wolf, układało się bardzo dobrze. Także współpraca z policją i leśnictwem była jego zdaniem dobra. Dzieci różnych narodowości bawiły się razem. Dzieci polskie, ukraińskie i żydowskie zwykle także mówiły po niemiecku. Także pomoce domowe czy parobkowie, najczęściej Ukraińcy, szybko uczyli się niemieckiego. Młodzież różnych narodowości też często bawiła się razem, uczono się wzajemnie ludowych piosenek, ale żeniono się, jak wiadomo, raczej między sobą. Na wesela zapraszano się nawzajem, ale na inne zabawy ukraińskie Niemcy raczej nie chodzili, trzeba było jednak uważać na swoją niemieckość i cenić ją jako istotne dobro – jak rozumiem. Tę niemieckość Wolf opisuje tak: „(Niemcy) kochali porządek, uczciwość i sumienność. Za to nas poważano.”

Wolf przytacza jeszcze kilka przykładów „bohaterskiej“ obrony niemieckości w Steinfels. Jednym z nich jest przypadek Samuela Börstlera. Gdy stracił własnego konia, polski leśniczy obiecał mu nowego, za cenę wstąpienia do polskiego związku strzelczego i posłania dzieci do szkoły polskiej. Jednak Börstler wolał nie mieć konia, lecz pozostać Niemcem. Wolf podaje także kilka przykładów bardzo przyjacielskiej koegzystencji z Polakami. Podczas wesela Polaka Józefa Korzonka ze Steinfels, niemieccy osadnicy na przybycie młodej pary swoim zwyczajem ustawili na drodze szlaban i uroczystym rytuałem powitali we wsi młodą żonę Korzonka. Polacy nie znali podobno tego obyczaju, byli zaskoczeni i wzruszeni, a „stary pan Korzonek nie mógł pojąć, że niemieccy sąsiedzi i współobywatele gminy sprawili jego synowi tyle radości i okazali tyle szacunku.” Stary Korzonek zaprosił wówczas całą wieś na wesele, a pięciu braci panny młodej grało całą noc i „cieszyło się razem z Niemcami tańcząc i radując się” – pisze Wolf.

Jednak zaufanie dla Niemców znacznie opadło w latach 1938-39 – z powodu nastrojów wojennych. Co prawda polski komendant policji zapewniał, ze dopóki on piastuje ten urząd, Niemcom ze Steinfelsu i Obersdorfu nic się nie stanie, ale nikt już nie czuł się pewnie. Wszędzie miały miejsce aresztowania. Mieszkańców Steinfels jakoś to omijało, chociaż cały zarząd Niemieckiego Związku Narodowego w Polsce (Deutscher Volksverband in Polen) składał się głównie z mieszkańców Steinfels (których nazwiska Wolf wylicza) i stał na czarnej liście polskich władz. Owszem, zdarzały się kontrole. Kto nie miał przy sobie dowodu osobistego, musiał płacić dwadzieścia złotych, ale nic więcej się nie działo.

Wolf opowiada, że podczas wyborów do „Landtagu” w roku 1938 wszyscy Niemcy wezwani zostali przez przewodniczącego Związku do głosowania za kandydatami polskimi i tego się trzymali. Polski nauczyciel ze Stebnika (sprawujący nadzór w izbie wyborczej mieszczącej się w budynku szkolnym) był bardzo pozytywnie tym faktem zaskoczony. Tak naprawdę Niemcy nie mieli innego wyjścia, żaden kandydat wśród rozproszonych po Galicji Niemców nie miałby bowiem szans, aby zostać wybranym.

W roku 1937 Wolf wziął udział w tajnym szkoleniu politycznym we Lwowie. Trwało ono przez trzy dni. Brało w nim udział jedenastu mężczyzn z różnych miejscowości. Wolf podkreśla, że nie padło wtedy ani jedno złe słowo o państwie polskim. Uczestnikom zwracano natomiast uwagę na to, aby pozostali Niemcami, jednocześnie wypełniając obowiązki wobec państwa polskiego. Radzono utrzymywać w gminach „niemiecki porządek” i pozostać uczciwymi, przestrzegano przed kazirodztwem i małżeństwami mieszanymi. Te wytyczne należało przekazać mieszkańcom wiosek Steinfels, Obersdorf, Siegenthal i Bandrow.

Wolf opowiada, że on sam przejął w Steinfels inicjatywę, aby wcielać w życie te zasady, głównie pracując z młodzieżą. Organizował spotkania, podczas których uczestnicy czytali polsko-niemieckie książki, niemieckie legendy oraz gazetę Związku, śpiewali pieśni i grali w gry towarzyskie, słuchali wykładów i prelekcji, „co umacniało ich w niemieckości i dawało poczucie, że ojczyzna nie zapomniała o nich”. Wolf opowiada, że w roku 1938/39 otrzymał z Palatynatu książkę „Rodacy w ojczyźnie i poza nią” (Landsleute drinnen und draußen), i kiedy ją czytał na jednym z takich spotkań, „żadne oko nie pozostało suche, a każdy czuł łączność z przodkami”. Jednak przed wybuchem wojny atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Pewna Polka podsłuchiwała podobno Niemców na ich na zebraniach, a gdy wybuchła wojna zaczęła im grozić. Niemców ogarnął lęk – tak opowiada Wolf. Podkreśla jednak, że nikt nie chciał mścić się na tej Polce, gdyż mówiła to „z głupoty, a nie z przekonania”. „Nikt inny w okolicy wtedy o Niemcach źle nie mówił” – twierdzi. A jednak strach narastał. „Chronili nas wtedy Ukraińcy, całkowicie lojalni wobec Niemców. W sumie jednak napięcia te dało się odczuć tylko na krótko przed wojną, wcześniej żyliśmy w harmonii z Polakami, Ukraińcami i Żydami.”

Jako przykład służy Wolfowi np. wspomnienie o tym, jak to dwóch żydowskich mieszkańców sąsiednich wsi, Israel Feld ze Stebnika i niejaki pan Großmann z Bandrowa, ze łzami w oczach żegnało Niemców Galicyjskich, którzy jak wiadomo jesienią 1939 roku zostali wezwani przez władze hitlerowskie do opuszczenia regionu (na bazie porozumienia między Hitlerem a Stalinem). Także Ukraińcy przeżywali podobno odejście Niemców i – jak pisze Wolf - „wyrażali nadzieję, że powrócimy tutaj, wierzyli, że Niemcy pomogą im w odzyskaniu niezależnego państwa. Wielu nich zaciągnęło się do Wehrmachtu”. Wolf bardzo serdecznie wspomina Ukraińców, szczególnie śpiewane przez nich pieśni. „Śpiewali bardzo dużo, jeśli nawet czasem się ich nie widziało, to zawsze się ich słyszało.” Podobno i Polak Jan Danhoffer nie mógł sobie poradzić ze zniknięciem Niemców ze Steinfels. Po kilku miesiącach sam opuścił wioskę i znalazł się (jak podaje Wolf) w Mecklenburgii, gdzie autor wspomnień go odwiedził i był w jego rodzinie serdecznie przyjmowany.

Wolf wspomina także wspólne polowania z Polakiem Korzonkiem i smutne rozstanie z polskim zarządcą lasu „panem Prussem”, który został zaciągnięty do Wehrmachtu i którego przypadkowo spotkał jeszcze czwartego września 1939 r. Żegnali się ze łzami w oczach. Wszystkie te przykłady Wolf przytacza, aby zilustrować, jak harmonijnie przebiegało współżycie między różnymi narodowościami w Galicji.

Jeden z najbardziej dramatycznych, końcowych rozdziałów wspomnień Wolf poświęca ostatnim tygodniom w Steinfels. Mówi o zaostrzającej się atmosferze zagrożenia, o tym, że coraz gorzej „dookoła” mówiło się o Niemcach i o Hitlerze. Opowiada o tym, jak w kwietniu 1939 roku jadąc do Lwowa po przybyłą z Niemiec w odwiedziny teściową nauczyciela Pelzera przez trzy godziny milczał z nią w pociągu, aby nie mówić po niemiecku i nie narażać się tym samym na niebezpieczeństwo. W maju 1939 r. „Deutscher Volksverband in Polen” przestał się spotykać, aby „nie podsycać złej atmosfery”. Lista członków Związku potajemnie została przekazana niejakiemu Otto Mack ze Lwowa.

W sierpniu 1939 r. zaciągnięto do wojska polskiego pierwszych rezerwistów ze Steinfels. Byli to nauczyciel Pelzer i Heinrich Helbig. „Wiadomość o wybuchu wojny spadła na nas pierwszego września - pisze Wolf - jak grom z jasnego nieba”. Mimo zakazu mieszkańcy podobno patrzyli w górę na lecące samoloty - polskie widać był rzadko. Do wojska zaciągano coraz więcej młodych ludzi. Do 8 września w Steinfels sądzono, że polskie wojska już niemal zdobywają Berlin, potem jednak w okolicy zaczęli pojawiać się polscy uciekinierzy. 10 września słyszano głośne walki w Krościenku. Zbiegły z polskiego wojska Karl Licht ze Starzawy podobno opowiadał, że niemieckich wojsk nie da się już zatrzymać. Na ulicach pojawiły się wielkie kolumny niemieckich pojazdów i czołgów, niektórzy rezerwiści z kolonii niemieckich wracali (uwolnieni) z niemieckiej niewoli. Wkrótce z drugiej strony ruszyli na Polskę Rosjanie. „Polskie państwo zostało napadnięte i zwyciężone podczas kampanii trwającej 18 dni“, podsumowuje Wolf.

Około 20 września rozeszły się definitywne wieści, że Steinfels znajdzie się już wkrótce pod władzą sowiecką. Aby dowiedzieć się konkretów, autor wspomnień Heinrich Wolf udał się wraz z Wilhelmem Kellerem do niemieckiej komendantury w Ustrzykach Dolnych, nie otrzymał jednak żadnych konkretnych informacji. Obaj byli mocno zdziwieni, gdy spotkali tam pastora Karla Klee z małżonką z walizkami. Pastor poradził im podobno „Róbcie, co chcecie. My w każdym razie uciekamy”. Kilku młodych ludzi już 25 i 26 września opuściło Steinfels żeby nie wpaść w ręce Sowietów. Część z nich zmieniła zdanie i wróciła, część szła dalej w kierunku Lisko-Sanok, mieli ze sobą bydło, które sprzedali tanio w mieście. Na ulicach stały wojska Wehrmachtu, które w końcu zapewniły uchodźcom nocleg w szkole w Sanoku. Wśród uciekinierów panowała rozpacz, dzieci na jakiś czas oddzielono od rodziców, dodatkowo przygnębiał brak celu. Ci, którzy po drodze zawrócili do Steinfels, musieli wkrótce wybrać się ponownie w drogę, bo od władz hitlerowskich przyszedł oficjalny rozkaz opuszczenia regionu. Teraz musieli już odejść wszyscy – w ciągu jednej nocy. „Nadeszły strasznie dni”, pisze Wolf. Trudno czytać jego opis tego ostatecznego odejścia bez wzruszenia.

„Gdy doszliśmy do wzgórza przy Jałowej, Johann Helbig i ja obejrzeliśmy się i zobaczyliśmy wolno posuwającą się do przodu kolumnę. Pan Helbig, który wiedział, czym jest wojna, powiedział: Dzieci, dzieci, co z nami będzie? Dokąd pójdziemy? Zbliża się zima, końca wojny nie widać, co z nami będzie? Łzy potoczyły mu się po obu policzkach. Po raz ostatni widzieliśmy wtedy naszą ojczyznę. Pozostanie to na zawsze obraz, którego nigdy nie zapomnę. Tylko ten, kto sam to przeżył, może zrozumieć, co to znaczy, stracić ojczyznę. Wszystko się skończyło jak sen - wszystkie obyczaje i współżycie z tutejszymi. Musieliśmy pozostawić za sobą to, co posiadaliśmy, nasze gospodarstwa i naszych ukochanych na cmentarzu”.

A w ostatnim rozdziale „Koniec Steinfels” Wolf opisuje, co stało się z osadą po opuszczeniu jej przez Niemców i oczywiście o tym, co działo się w drodze, podczas przesiedlenia, a następnie w Wielkopolsce z samymi Niemcami. Podobno w roku 1942 odwiedziła Steinfels z tęsknoty Karoline Wolf, z domu Börstler. Przyjechała tam z Wielkopolski do ukraińskiej sąsiadki o nazwisku Hawarelko. To, co zobaczyła, bardzo ją przejęło. Podobno Steinfels już po krótkim czasie było nie do poznania. Opowiadał o tym Heinrichowi Wolfowi także Jan Danhoffer, którego odwiedził w Mecklenburgii. Przytaczał słowa ukraińskiej sąsiadki z młyna, która miała jakoby powiedzieć: „Ludzie, ludzie, jak ten nasz Steinfels wygląda, odkąd nasze Niemcy wyjechały.” Stały jeszcze wtedy domy i drzewa owocowe w ogrodach, ale nie było już budynków gospodarczych i płotów. Wojna pozostawiała coraz więcej śladów zniszczenia, a jesienią 1944 roku Steinfels spaliło się podczas walk. Opisując to Wolf powołuje się na wspomnienia żyjącego jeszcze dzisiaj w Stefkowej polskiego mieszkańca Stebnika Józefa Wójcika (któremu i ja zawdzięczam wiele cennych wspomnień). Józef Wójcik z trudem odnalazł po wojnie Heinricha Wolfa i opowiedział mu o okropnych wydarzeniach, jakie miały miejsce na terenie Steinfels-Stebnika podczas wojny, zwłaszcza w roku 1944, i później. Opowiadał o zbrodniach hitlerowskich wobec mieszkańców, o zagładzie Żydów, ale także m.in. o tym, jak dom rodziny leśniczego Laskiewicza został podpalony wraz ze wszystkimi mieszkańcami przez ukraińskich partyzantów, a bratanek Jana Danhoffera Karl Miskniowski „mily i spokojny człowiek” był przez nich torturowany i okropnie okaleczony, potem zabity. Opisując Steinfels Heinrich Wolf powołuje się na zdjęcia przesłane mu w roku 1961 przez Józefa Wójcika – nie widać na nich żadnego domu, prawie żadnego drzewa drzewa. „Także cmentarz – pisze Wolf – jest bez płotu i bez krzyża, a stada bydła szukają tam pożywienia.”

Część Ukraińców przesiedlono na Syberię w okolice Stalinska, podaje Wolf, stamtąd wysyłali jeszcze sporadycznie listy do swoich byłych niemieckich sąsiadów. W roku 1961 podobno zbór w Bandrowie „został zburzony przez Polaków”. W Bandrowie, Obersdorfie i Siegenthal osadzono, jak pisze Wolf, Polaków. „Obszar ten tworzy dzisiaj granicę i jest ziemią niczyją między Polską a Rosją.”

Takiego Steinfels, jakie znaliśmy, z pewnością nigdy już nie będzie. Było to miejsce, gdzie byliśmy weseli i u siebie w domu” – kończy swe wspomnienia Heinrich Wolf. Spisywał je pod koniec lat 60-tych i w ten sposób ocalił Steinfels od zapomnienia. Czułam dużą wdzięczność wobec niego pisząc „Niebko”. Niebko to zabawa dziecięca polegająca na zakopywaniu w ziemi małych skarbów i odnajdywaniu ich. Przyszedł czas, abyśmy odkopali te skarby. Przez tyle dziesięcioleci nie mówiono o Niemcach Galicyjskich, nie upamiętniano miejsc, w których żyli, nie troszczono się o cmentarze. Cieszę się, że nadchodzi czas zmiany. Napełnia mnie radością fakt, że dzięki zaangażowaniu pana Jacka Łeszegi i pana Mariana Pałasza, z ogromną pomocą pana burmistrza Ustrzyk Dolnych Bartosza Romowicza, otwarty został Szlak Kolonizacji Józefińskiej. To już ostatni moment, aby uratować pamięć. Żyje jeszcze kilka osób, z którymi można przeprowadzić wywiady, którzy pamiętają życie w koloniach niemieckich z dzieciństwa - takich jak Józef Wójcik i jego żona Janina Wójcik, jak mój ojciec Roman-Rudolf Helbig, czy jego kuzyn Wilhelm Keller z Gifhorn. Warto się do nich zwrócić, warto ich posłuchać. Tymczasem wdzięczna jestem, że podczas otwarcia szlaku pan Jacek Łeszega zaprowadził mnie na cmentarz ewangelicki (znajdujący się w tej chwili niestety w obrębie własności prywatnej), na którym spoczywa mój dziadek. Dzięki niemu mogłam – na prośbę ojca – zabrać ze sobą garść ziemi z cmentarza i umieścić ją na szczecińskim cmentarzu, gdzie spoczywa jego żona, moja babcia Anna Christina Helbig, która od roku 1939 nigdy nie widziała swojej małej ojczyzny.