Rocznik Ustrzycki 2018

Jacek Łeszega

 

Wspomnienia z życia Ustrzyckiego Kopalnictwa Naftowego w Ustrzykach Dolnych za okres 20 lat tj. od 29.10.1951r. do 29.10.1971r.

 

Był ciepły, słoneczny jesienny dzień, a dokładniej 29 października 1951 roku. W tym właśnie dniu po wyboistych drogach, w trzech ciężarowych samochodach – pod plandekami – jechali pracownicy do nowo powstającego Kopalnictwa Naftowego w Ustrzykach Dolnych. Byli oddelegowanymi przedstawicielami z kopalnictw: sanockiego, krośnieńskiego i gorlickiego.

Jechali w nieznane, bowiem były to tereny nowe - za przebiegającą jeszcze w tym dniu w miejscowości Ustianowa – granicą.

Humory były różne. Starsi mieli poważne miny z tytułu rozłąki z rodzinami, młodzież jechała z ogromnym optymizmem licząc na coś ciekawego, nowego, w różowych kolorach. Czar jednak prysnął w momencie gdy samochody wjechały do maleńkiego smutnego miasteczka, bez sklepów, kiosków, a przede wszystkim bez ludzi. Kilka miesięcy temu wyjechali bowiem mieszkańcy na tereny im wyznaczone. Na pierwszą noc zakwaterowano wszystkich w budynku z czerwonej cegły, tuż za miastem, gdzie czekała również kuchnia i posiłki.

Dla młodych, nie mających 20 lat dziewcząt był to po prostu szok. Wszędzie gwar obcych ludzi, wielu podchmielonych mężczyzn pozwalających sobie na różne wybryki. Uciekały zatem do swoich kwater z goryczą i strachem, bo niestety nikt nikomu nie ufał.

 

Nazajutrz rano dyrektor Gruszczyński zabrał całą brać naftową i oprowadził po budynkach kopalnictwa usytuowanych w pobliżu. Biurowce były dość ładne jednak bez żadnego wyposażenia. Nie było biurek, krzeseł i oczywiście żadnych dokumentów. Wszystko trzeba było organizować od nowa. Następnie cała grupa wraz z dyrektorem udał się z wycieczką po mieście. Nie było wiele do zwiedzania – jedna uliczka, kilka murowanych domów i mały rynek z pomnikiem Stalina.

W czasie spaceru dyrektor oznajmił, że każdy może sobie wybierać mieszkanie gdzie sobie życzy, w budynkach, których drzwi stały otworem Tak więc wszyscy wybrali dla siebie lokum, które na pierwszy rzut oka wiało chłodem, brudem przeprowadzki i pustką. Wszystkie kontakty, lampy i klamki były powyrywane, nie było światła, wisiały tylko zniszczone przewody w ścianach i poodpadane tynki. Wyposażono je jednak w najpotrzebniejsze rzeczy tj. żelazne łóżka, materace, koce, stare stoliki, krzesła, wiadra i miednice.

I tak każdy rozpoczął nowe życie. W biurach nie było żadnej pracy, siedzieliśmy na parapetach i na podłodze, spacerowano, rozmawiano o różnych rzeczach, czekając z z utęsknieniem na godzinę 15 – tą.

Dnie stawały się co raz krótsze, nadchodziły długie, jesienne wieczory. W mieszkaniach w nocy maszerowały po ścianach pluskwy spadając na twarze, które zasłaniano ręcznikami. To po pracy nie było dokąd pójść, nie było żadnych rozrywek. Jedyną radością była śliczna pogoda i na otaczających Ustrzyki wzgórzach pomiędzy sosenkami tysiące maślaków, z którymi niestety nie było co robić. Do rodzin było zbyt daleko, a w posiadanych warunkach nie było żadnej możliwości zagospodarowania. Nie kursowały pociągi z powodu szerokich torów, dlatego też do najbliższej stacji w Zagórzu dowożono pracowników raz w miesiącu w celu odwiedzenia rodzin.

Kopalnictwo umundurowało wszystkich w jednakowe podgumowane płaszcze o niezbyt dobranych rozmiarach, co było powodem wielu żartów i śmiechu.

Po kilku tygodniach zaczęli napływać do miasta przesiedleńcy z lubelskiego. Był bałagan, mnóstwo skrzyń, pak, mebli, worów i niezadowoleni z tych terenów ludzie. Ulice i plac przy dworcu pokryte były słomą, wiatr unosił papiery i siano. Do Ustrzyk przyjechał pełnomocnik rządu, powstała nowa władza, która otoczyła troska przyjezdnych, a także pracowników Kopalnictwa. Zorganizowano pierwsze placówki handlowe, bardzo zresztą skromne, ale i to było ogromna radością, gdyż można było już kupić garnuszek, czajnik czy tez pończochy.

Wszystkie panie wystroiły się natychmiast w kolorowe filcowe szaliki, co w zestawieniu z wyżej wymienionym płaszczem podgumowanym dawało wygląd skoszarowanej „babskiej” jednostki wojskowej.

Długie wieczory – najczęściej przy świecy (bo światło ciągle nawalało) wypełniano różnie. Niektórzy panowie zabawiali się chwytaniem zdziczałych kotów, zabijając ich (były niebezpieczne) i urządzaniem im pogrzebów przy świecach i śpiewie. Inni zbierali się razem przy herbacie lub jakimś trunku i opowiadali swoje dzieje – wesołe i smutne, a to bardzo ich do siebie zbliżało. Cementowała się więź, przyjaźnie nawet silniejsze od więzi rodzinnych. Powstał hymn kopalniaków „Jak mnie kochasz, to mnie bierz, mówiłem ci nie raz”.

Zorganizowano bibliotekę liczącą wprawdzie kilkanaście książek mieszczących się w jednej szafie, ale był to początek życia kulturalnego. Bibliotek była punktem zbornym po pracy prawie wszystkich pracowników. Byli i tacy, którzy z uwagi na urodziwą bibliotekarkę wypożyczali książkę codziennie inną, - aż dziw kiedy zdążyli ja przeczytać i w jaki sposób skoro była zwracana z nie rozciętymi kartkami.

Przyszła zima – bardzo ostra z ogromnymi śniegami sięgającymi do dachów i silnymi mrozami. Ulice nieprzejezdne, zasypane zwałami śniegu, należało codziennie odśnieżać, a poruszano się jedynie wybranymi tunelami, w których ściany przesłaniały niemal „cały świat”.

Z tego też tytułu ubrano wszystkich pracowników UKN- u w buty filcowe i ubrania watowane, które poza ubiorem dziennym bardzo często zastępowały w mroźne noce piżamę – w lodowatym pokoju. Woda we wiadrach była przeważnie rano zamarznięta. Nie zawsze było do palenia drzewo i węgiel, a te jeśli były w zakładzie każdy musiał sobie nosić wiadrami do własnego mieszkania nie raz bardzo daleko. Pierwsza Barbórka w tę zimę należy do niezapomnianych. Zimna jadalnia, palące się świece z powodu braku światła, akordeon i wizytowy balowy strój tj. opisana wyżej kufajka, buty filcowe – no i oczywiście tańce. Nikt jednak nie rozpaczał, wszyscy tańczyli i śpiewali przytupując za dużymi filcakami. Przysłowie: „Chłodno, głodno i do domu daleko” było często cytowane- jednak nikt się nie załamywał. Oczywiście byli i tacy, którzy po upływie kilku tygodni, czy miesięcy wyjeżdżali nie potrafiąc przezwyciężyć niewygody, ale pewna grupa pozostała – nazywano ich wielokrotnie w Jednostce Nadrzędnej - „pionierami”. Były i takie obrazki, kiedy to ogrzewano skostniałe ręce z zimna nad palącymi się w kuble na śmieci papierami na środku pokoju w biurze. W słoneczne niedziele wędrowano na szczyty wzgórz, brnąc po pachy w śniegu i zjeżdżano w dół na kufajkowych kurtkach – nie było nart ani sanek.

Az przyszła wreszcie upragniona wiosna, a z nią słońce i radość wstąpiły w serca wszystkich. Odnowiono biura i wyposażono w niezbędne przedmioty, wybudowano nad stawami baraki i pracownicy zamieszkali w czystych dwuosobowych pokojach. Wybudowano nam przyjemna stołówkę – zaczęła się normalna praca i normalne lepsze życie. Zmieniało się też z dnia na dzień miasteczko, zaludnili je nowi mieszkańcy. Otworzono szkołę, nowe urzędy, sklepy, pocztę i kino. Zmieniał się również obsada pracownicza Kopalnictwa. Przychodzili nowi pracownicy – inni wyjeżdżali do rodzin.

Kopalnictwo naftowe w Ustrzykach Dolnych stało się trzonem życia całego miasteczka, a Dom Kultury ośrodkiem imprez dla wszystkich mieszkańców. Większość załogi stanowiła młodzież zgrupowana w kole ZMP. Organizowali oni czyny społeczne – sadzili drzewka, robili klomby kwiatowe, organizowali wycieczki w góry na grzyby, borówki i brusznice.

Do tradycji należała wycieczka do pomnika gen. Świerczewskiego w rocznicę śmierci. Organizowano również zabawy, najpiękniejsze na wolnym powietrzu w tak zwanym „małpim gaju”. Powstał teatr amatorski, który między innymi wystawił sztukę Maliszewskiego „Wczoraj i przedwczoraj” reżyserowaną przez A. Kozubala. Sztuka z przepięknymi dekoracjami zajęła na eliminacjach wojewódzkich 2 miejsce i była wystawiana objazdowo w wielu okolicznych miasteczkach – z ogromnym powodzeniem.

Dom Kultury przy Kopalnictwie nabrał szczególnego blasku kiedy kierownikiem została pani Helena Stasiowska. Niestrudzona pani Helena organizowała i przygotowywała imprezy na wszystkie okoliczności, sama biorąc w nich udział. Były to skecze, tańce i śpiewy oraz różne scenki humorystyczne z aktualnymi kupletami. Do historii przeszła tzw. „Hajda trojka”, hajda tańczona i śpiewana, a tak pięknie przygotowana, że na jej obejrzenie oczekiwało nie raz cale miasteczko.

W międzyczasie wśród młodych zaczęły tworzyć się pary, zawierano związki małżeńskie i tak w jednym tylko roku 1955 aż 7 par stanęło na ślubnym kobiercu. Zaczęło tez przychodzić na świat nowe pokolenie, a wraz z tym nowe obowiązki rodzinne, ale to nie przeszkadzało. Nadal wszyscy żyli w biedzie i radości, dzielono trudy nawzajem sobie pomagając jak jedna wielka rodzina. Nie znaczy to, że nie było zgrzytów, plotek czy pomówień, jest to nieuniknione między ludźmi, ale zawsze wszystko wracało do normy, do życia na co dzień i do zabaw zwłaszcza tych sobotnich, składkowych, na których przygrywała orkiestra pana Tchórza.

Tymczasem dzieci rosły i pani Helena zorganizowała zespół teatralny, który pod jej kierownictwem wystawiał cudowne bajki cieszące się powodzeniem nie tylko w Ustrzykach. Na eliminacjach zajmował pierwsze miejsca, a tym samym rozsławiał kulturę ustrzycką.

Powstał tez bardzo dobry zespół muzyczny pod kierunkiem pana Ortyla, a grające w nim pociechy wyciskały niejednokrotnie łzy radości z oczu ich mam.

Sprowadzano do Ustrzyk słynne polskie i zagraniczne zespoły, teatry, a scena domu kultury przy Ustrzyckim Kopalnictwie Naftowym gościła takie sławy jak: Mieczysław Fogg, tu śpiewała rena Rolska, Halina Kunicka, Anna German, Jerzy Połomski, Bogdan Łazuka, Janusz Gniatkowski.

Grały też gitary hawajskie Ławrusiewicza, a teatr Wandy Siemaszkowej z Rzeszowa wystawiał swoje sztuki co najmniej raz w miesiącu.

W domu kultury odbywały się słynne imprezy z okazji wręczania sztandarów, Dnia Kobiet oraz Barbórki. Akademie okolicznościowe, coroczne bale sylwestrowe i zabawy karnawałowe uświetnione np. obecnością aktorów kręcących film „Pan Wołodyjowski”.

Do tradycji należały także sobótki w noc świętojańską, na szczycie góry palono ognisko, śpiewano przy dźwiękach akordeonu, tańczono, a brali w nich udział wszyscy razem z dziećmi, które w drodze powrotnej późną nocą oświetlały drogę pochodniami.

Zdarzało się, iż z tego tytułu zbudzone straże jechały gasić jakoby palący się las, gdyż ogień z ułożonych zeschłych sosen buchał niemal do nieba, stwarzając pozory płonącego lasu.

Podkreślić należy, że przez cały ten czas zmieniali się Dyrektorzy, było ich wielu, ale wszyscy byli cudownymi ludźmi, pomagali w nieszczęściu, doradzali, wspierali na duchu, bawili się także z załogą – byli po prostu Kumplami.

Należeli do nich panowie Dyrektorzy: Gruszczyński, Wesołowski, Pikuła, Janocha, Jurczak, Majchrowicz. To Oni pomimo trudnych obowiązków w pracy, bowiem Kopalnictwo z roku na rok rozwijało się, osiągało wiele wspaniałych wyników, stawało się jednym z najlepszych Zakładów liczących się w Polsce – wymienieni Dyrektorzy znaleźli zawsze czas dla każdego i za to Im właśnie tą drogą serdecznie dziękujemy! Będziemy o Nich zawsze pamiętać.

Wszystkim Naftowcom składamy serdeczne życzenia – dużo zdrowia, radości i sukcesów w każdej dziedzinie życia, jak również tego, by nigdy Kopalniacy o sobie nie zapominali.

 

Wanda Hess

Przepisał z zapisków pani Wandy Hess – Jacek Łeszega